Płock, jak każde miasto o długiej historii, ma swoje legendy. Siedziba dwóch władców Polski Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego ma także swoje tragiczne tajemnice. Cienka jest granica między fikcją a prawdą i gdzie ona przebiega, tego nie wie nikt.
ROZDZIAŁ I
Wszystko to, co opisuję poniżej, zaczęło się w pięknym i malowniczo położonym Płocku. Był to bodajże rok 2001, ale tak naprawdę to nie jestem tego pewny. Czas bowiem biegnie szybko i nieraz nie możemy za nim nadążyć, a cóż dopiero mówić o zdarzeniach tak nieprawdopodobnych, że sami zaczynamy powątpiewać w ich prawdziwość.
To ja, Andrzej Kulicki - szpakowaty czterdziestoletni mężczyzna średniego wzrostu i krępej budowy ciała, z zawodu architekt . Tak jak w każdy poniedziałek, wstałem wcześnie rano i nie patrząc na pogodę, a była - wierzcie mi - wredna, założyłem dres, trampki i ruszyłem na codzienny poranny bieg po zdrowie. Trasa wiodła wzdłuż prawego brzegu Wisły niedaleko katedry, starego opactwa benedyktyńskiego i liczyła około czterech kilometrów. Z reguły po drodze dołączało się do mnie grono znajomych, tak jak ja chętnych do zrzucania nadliczbowych kilogramów. Tym razem przemierzałem płockie pagórki samotnie. Być może rzęsisty deszcz zniechęcił pozostałych. Wszystko przebiegało normalnie. Okrążyłem katedrę. Jednak, gdy zbliżyłem się do stojących naprzeciw niej budynków klasztornych, usłyszałem jakieś dziwne dźwięki. Zatrzymałem się. Coś na kształt cichego pochlipywania dziecka dobiegało od strony wieży szlacheckiej, jednej z dwóch pozostałych ze starego zamku książąt mazowieckich. Zaintrygowany, zacząłem iść w tamtym kierunku. Nie dotarłem do celu, bo przy bliżej stojącej wieży zegarowej zobaczyłem półnagiego człowieka. Powoli do niego podszedłem, by po chwili odskoczyć z przerażeniem. I naprawdę nie dziwcie się temu.
Leżący na mokrym bruku mężczyzna kulił się z zimna i pojękiwał. Odziane w rozpadające się szmaty ciało pokrywały głębokie blizny. Padający deszcz pozlepiał jego długie, brudne i siwe włosy, które częściowo zasłaniały twarz. Ale jednego nie ukryły… pozbawionych gałek oczodołów. Długo się nie zastanawiałem. Zdjąłem z siebie nieprzemakalną bluzę, schyliłem nad ślepcem i przykryłem nią jego okaleczone ciało. Na moment nasze ręce zetknęły się i poczułem przeszywające mnie niesamowite zimno.
- Ależ on się wychłodził! – pomyślałem.- Trzeba mu pomóc!
- Niech pan tu poczeka, ja skoczę po pogotowie – szepnąłem i szybko pobiegłem w kierunku miasta. Żałowałem, że nie mam przy sobie komórki. No cóż, musiałem sobie poradzić inaczej. Miałem wrażenie. że szczęście mi dopisuje, bo dwieście metrów dalej natknąłem się na radiowóz. A właściwie wyskoczyłem policjantom dosłownie przed maskę. Pojazd zahamował z piskiem opon. Zdenerwowani funkcjonariusze żwawo wysiedli i ruszyli w jego kierunku.
- Chwała Bogu! – krzyknąłem. – Panowie, znalazłem potwornie pokiereszowanego człowieka. Straszny widok. Zadzwońcie po karetkę – chaotycznie tłumaczyłem łamiącym się głosem. - Tam, przy wieży zegarowej – wskazałem ręką za siebie. – Szybciej, bo on wyziębi się na śmierć.
Dwóch rosłych policjantów spojrzało porozumiewawczo po siebie.
- Proszę dokumenty! – zwrócił się jeden nich.
- Jakie dokumenty? – zrobiłem wielkie oczy ze zdziwienia - Tam człowiek umiera, a wy sobie żarty stroicie?
- Dokumenty proszę! - policjant nie ustępował.
- Nie mam!
- To zatrzymujemy pana do wyjaśnienia!
- Zatrzymujecie? – wydusiłem. – Za co zatrzymujecie? Za to, że znalazłem pobitego faceta i chcę mu pomóc? Żądam karetki dla niego, bo inaczej oskarżę was o brak udzielenia pomocy.
- Dobra, dobra – wtrącił się drugi z funkcjonariuszy. – Wsiadaj do radiowozu, bo inaczej pożałujesz tego.
- Czego pożałuję?
- Nie mędrkuj koleś, tylko biegiem ruszaj! – głos stróża prawa zabrzmiał bardzo groźnie.
- Nigdzie nie idę! – byłem już był nieźle wkurzony.
- Twoja wola – usłyszałem i nawet nie zorientowałem się, kiedy chwycono mnie pod ramiona i brutalnie wrzucono do wnętrza radiowozu.
- Skurwiele! – syknąłem przez zęby, masując obolałe barki.
- Co powiedziałeś?
- Że wyjdzie wam bokiem to zatrzymanie – wydusiłem, mierząc ich nienawistnym spojrzeniem.
- Uważaj, bo uznamy to za grożenie.
- Mam to gdzieś – warknąłem ze złością.
- To się okaże.
Trzasnęły drzwi i samochód ruszył z miejsca.
- Podjedziemy pod wieżę zegarową – policjant zwrócił się do kolegi i skierował pojazd w kierunku katedry.
- No, gdzie ten umierający? – krzyknął drugi z policjantów w moim kierunku. - Ciekawe, jak przejdziesz testy na narkotyki, ty ćpunie?
- Był tu - wyszeptałem, rozglądając się ze zdumieniem wokół. – Przecież dałem mu swoją kurtkę.
Przejechaliśmy dwa razy bulwarem, ale po ofierze napadu nie było najmniejszego śladu.
***
Pobyt na posterunku był chyba jednym z najbardziej paskudnych momentów w moim życiu. Na dobry początek pobrano mi odciski palców. Potem musiałem odpowiedzieć na mnóstwo głupich pytań, a na koniec - wbrew sobie - przeprosić tych, którzy przyczynili się do niepotrzebnej awantury. Nie chciałem tego zrobić, ale usilne prośby znajomego adwokata skruszyły moją dumę. Tak oto o godzinie jedenastej, kiedy opuścił komendę policji, poczułem po raz pierwszy w życiu słodki smak wolności.
- Co tak naprawdę się wydarzyło? – rzucił przez ramię Marek Czekowski, mój długoletni kolega, a jednocześnie rodzinny prawnik. Nie dość, że wyciągnął mnie z opałów, to jeszcze odwiózł do domu.
- To, co już mówiłem – spojrzałem na niego trochę zdziwiony. Znaliśmy się tyle lat i nigdy nie wciskałem mu kitu, znał mnie dobrze z tej strony.
- E, nie mów, że widziałeś człowieka z wydłubanymi oczyma – pokręcił z niedowierzaniem głową. – Może ci się przewidziało? Może to tylko pobity pijak, który złapał twoją kurtkę i nawiał, byś nie chciał jej z powrotem?
- Głupoty gadasz! – obruszyłem się. – Leżał pod latarnią i wierz mi, tak pobitego faceta nie widziałem nigdy w życiu.
- Dobra, tylko już uważaj i może zaniechaj na pewien czas tych porannych biegów – westchnął z rezygnacja widząc, że nic więcej ze mnie nie wyciągnie. – Następnym razem nie pójdzie tak łatwo i proszę, omijaj leżących na ulicy dużym łukiem.
- Dobrze i dzięki - burknąłem na odchodnym i wyskoczyłem z samochodu.
W domu pierwsza rzeczą, jaką zrobiłem, było wpuszczenie do wanny wody i zanurzenie się w niej po samą głowę. To przyniosło ulgę mojemu ciału, ale nie mojej duszy. Cały czas powracała sylwetka tajemniczego mężczyzny. Kim był i co z nim się stało?
Tego dnia już nie poszedłem do pracy, wpisano mi urlop. Nie dałem jednak za wygraną i około trzynastej poszedłem jeszcze raz obejrzeć chodnik pod wieżą zegarową. Wolno i z dużą uwagą przeglądałem każdy metr terenu wokół miejsca mojej porannej przygody. Niestety, nic podejrzanego nie zauważyłem.
Mijały tygodnie. Ja powróciłem do porannych biegów, a całe zdarzenie ginęło powoli w mrokach przeszłości. Jedynie, kiedy przebiegałem obok wieży zegarowej, raz na jakiś czas oczami wyobraźni widziałem półnagą, pokrwawioną sylwetkę nieznajomego.
ROZDZIAŁ II
Była to sobota w połowie lipca. Chyba w okolicach południa usłyszałem dzwonek do drzwi. Wyjrzałem przez okno i ze zdziwieniem zauważyłem umundurowanego policjanta przy furtce.
- Co za cholera? – burknąłem pod nosem i podświadomie wietrząc jakieś kłopoty wyszedłem przed dom.
- Czy pan Kulicki? – spytał funkcjonariusz. Był to chyba oficer, bo miał trzy gwiazdki na pagonach.
- Owszem, a o co chodzi? – spytałem mierząc go wrogim spojrzeniem.
- Komisarz Turkawski. Czy mogę wejść?
- A po co?
- Chciałbym zadać panu kilka pytań na temat tamtego zdarzenia pod wieżą zegarową sprzed pół roku.
- Jakiego zdarzenia, przecież to był mój wymysł – patrzyłem się na niego z nieukrywaną niechęcią i nie czekając na odpowiedź, ostentacyjnie odwróciłem się na pięcie i ruszyłem z powrotem do domu.
- Niech pan poczeka – krzyknął za mną. – Zginął jeden z tych posterunkowych, którzy wtedy pana zatrzymali.
- A co mnie to obchodzi? – nawet nie odwróciłem się.
- Jak go znaleźliśmy, to jeszcze żył i opowiadał o jakimś mężczyźnie z wydłubanymi oczami. A w ręku kurczowo ściskał górną część jakiegoś dresu. Z opisu chyba tego, który panu wtedy zginął!
Stanąłem jak wryty.
- Co pan powiedział? – wszystko odżyło, jakby miało miejsce przed chwilą. – Niech pan powtórzy - poprosiłem.
- W samochodzie mam ten dres, może pan rzuci na niego okiem? – policjant podszedł do stojącego nieopodal radiowozu i wyciągnął z niego jakąś foliową torbę. Ja tymczasem furtkę i, wbijając wzrok w tajemniczy tobołek, podszedłem bliżej.
- To pana bluza? - spytał Turkawski, bacznie mi się przyglądając.
- Wygląda na moją! – szepnąłem z przejęciem. – Skąd ona się wzięła w ręku umierającego policjanta?
- No właśnie jestem tu po to, by mi pan to wyjaśnił.
- Nie rozumiem? – spojrzałem na niego zdziwiony. – Przecież nie mam jej od sześciu miesięcy, co na pewno macie w swojej dokumentacji. Złożyłem wtedy wyczerpujące wyjaśnienia , ale nikt w to nie uwierzył.
- I nadal nikt w to nie wierzy – odparł oficer. – Gdzie pan był wczoraj o dwudziestej?
- Wasza głupota nie ma granic – wycedziłem przez zęby. – Wczoraj o dwudziestej byłem na granicy w Słubicach i mam nie żelazne, a tytanowe alibi. Proszę się w końcu odczepić ode mnie i do widzenia, panie inspektorze.- podszedłem do furtki, z impetem zamknąłem ją za sobą, przekręciłem klucz w zamku i nie patrząc na intruza odszedłem.
- Jeszcze jedno słowo – krzyknął za mną. – My wiemy, że pan za tym stoi, a jeśli nie pan, to pan wie, kto.
- Człowieku, jesteś chory! – rzuciłem przez ramię i wszedłem do domu.
- Kto to był? – żona zauważyła moje wzburzenie.
- Kretyn z policji – warknąłem. – Czy oni zawsze muszą zatrudniać debili.
- O co mu chodziło?
- Zabito jakiegoś gliniarza i mnie podejrzewają.
- Ciebie podejrzewają? – oczy mojej małżonki zrobiły się duże jak spodki od filiżanki, a po chwili wybuchła niepohamowanym śmiechem.
- Ty zabójcą? – śmiała się bez opamiętania. A ponieważ jej śmiech jest tak samo zaraźliwy jak dżuma, to i ja dołączyłem się do niej.
- Ty – żona nagle spoważniała – a jak oni naprawdę tak myślą? Przecież zdarzają się różne pomyłki sądowe.
- E, tam! Nawet mnie wtedy nie było w kraju. Mogą mi skoczyć.
- Oj, wtedy to dałeś nieźle czadu. Musiałeś się wygłupić z tym pijakiem i teraz będziesz wciąż ciągany. Już mają ciebie w swoich papierach.
- Ale ja widziałem człowieka potrzebującego pomocy. Nie mogłem przejść obojętnie obok ludzkiego nieszczęścia. Ten pijak naprawdę miał wydłubane oczy!
- Musiało ci się przewidzieć – żona pokręciła głową z niedowierzaniem. Niestety, mimo tylu prób nie udało mi się jej przekonać do mojej wersji wydarzeń.
- Daj spokój! – wzruszyłem ramionami i poszedłem robić porządki w piwnicy.
Minęło kilka kolejnych dni i sprawa - jak mawiają niektórzy - przyschła, ale tylko pozornie.
Słońce już dawno zaszło. Kraków był pogrążony we śnie. Z okien na drugim piętrze światło biło pełnym blaskiem. To było mieszkanie Ewy. Pokój był urządzony bardzo nowocześnie w stylu IKEA. Kanapa, mały regalik pod oknem, a na nim telewizor LCD. Pośrodku na długim sznurze zwisała stylowa lampa, jedyny przedmiot niepasujący do wnętrza.
Na kanapie siedziała właścicielka lokum. Trzymała w dłoni szklankę z jakimś przezroczystym trunkiem. Na stoliku stała butelka z naklejką „Pan Tadeusz”, niemająca jednak nic wspólnego z Mickiewiczem. Dziewczyna płakała. Z dużym trudem i z wyraźnym wstrętem opróżniła szklankę. Obok na pufie leżał zwinięty gruby pomarańczowy sznur z zawiązaną na końcu pętlą. Szklanka została ponownie napełniona i opróżniona.
Ewa niepewnie wstała i sięgnęła po sznur. Wolno podsunęła stolik pod lampę i nieporadnie, chwiejąc się, wdrapała do góry. Podwiązała sznur do żyrandola i mocnym szarpnięciem sprawdziła wiązanie. Zeszła ze stolika i przesunęła go na bok. Pod pętlę podstawiła krzesełko.
Chybocząc się na boki, stanęła na nim i założyła sobie powróz na szyję. Delikatnie zacisnęła. Stała chwilę w bezruchu, jakby się wahała, ale popchnęła oparcie krzesła, które z hukiem przewróciło się na podłogę.
Sznur błyskawicznie napiął się, stopy zawisły tuż nad dywanem.
Ciało… z łoskotem spadło na podłogę.
Dziewczyna leżała półprzytomna, a nad nią z nożem w dłoni stał Załuski. Pochylił się nad samobójczynią i sprawdzał tętno. Otworzyła oczy.
– Gdzie ja jestem? – szepnęła.
Jej wybawca uśmiechał się, kręcąc głową.
– W domu, ale niedużo brakowało.
– Skąd pan tu się wziął?
– Zabrakło mi cukru i przyszedłem pożyczyć. Drzwi były otwarte, to wszedłem.
– Zamknęłam drzwi, dobrze to pamiętam.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Dlaczego? – spytał.
– Co dlaczego?
– Dlaczego chciałaś odebrać sobie największy dar? Co było tak ważne, że chciałaś oddać życie?
– To nie pańska sprawa. Proszę mnie zostawić. Nie miał pan prawa ingerować w moje sprawy.
Mężczyzna podniósł się i podszedł do okna. Otworzył je. Patrzył nic niewidzącym wzrokiem na Kościół Mariacki.
Dziewczyna usiadła i trzymała się za gardło, była oszołomiona.
– Mylisz się, to moja sprawa – odezwał się po chwili.
– Pana? A co panu do mnie? A co panu do moich spraw?
Odwrócił się i podszedł do kanapy. Kątem oka obserwował Ewę. Ona zaś podparła głowę rękoma i płakała.
– Co pan wie o życiu? Moje jest gówno warte. Wszystko zmarnowałam, zniszczyłam i nie mam po co żyć. Chcę umrzeć. Chcę, żeby skończył się już ten koszmar.
– Koszmarem nazywasz to, że jesteś w ciąży?
Dziewczyna z zaskoczeniem podniosła wzrok, spojrzała na swojego rozmówcę.
– Skąd pan wie? Skąd pan to wie? O tym nie wie nikt poza mną! Kim pan jest?
– Sąsiadem, nie poznajesz mnie? Łatwo jest się domyślić, co cię gryzie, młoda damo. Skoro młoda ładna dziewczyna targa się na własne życie, to znaczy, że jest w ciąży i to z chłopakiem, który ją rzucił. Teoretycznie sytuacja bez wyjścia.
– Skąd pan to wszystko wie? Śledzi mnie pan?
Załuski wyszedł do kuchni i po chwili przyniósł szklankę jakiegoś napoju. Podał ją dziewczynie.
– Pij, to przyniesie ci ulgę.
Wzięła naczynie i trzymała w ręku.
– Pij, po tym nie będzie cię gardło boleć – ponaglał ją.
Przechyliła szklankę i łapczywie piła. Zaś jej wybawca cały czas wnikliwie się jej przypatrywał.
– Dlaczego chciałaś zostać mordercą?
– Mordercą? Ja nie chciałam nikogo zabić.
– Chodź tu do mnie na kanapę, a coś ci pokażę – zrobił zapraszający gest ręką i sam usiadł. Dziewczyna z wahaniem zajęła miejsce obok niego. Cały czas była oszołomiona.
– Nie musisz się mnie obawiać, naprawdę jestem twoim przyjacielem – uspokajał.
Wyciągnął powoli obydwie dłonie i dotknął nimi skroni dziewczyny. Poczuła dziwne ciepło, wszystko wokoło zaczęło się rozmywać. Poczuła się tak, jakby spadała w jakąś otchłań. Leci, leci i nagle widzi Kraków z lotu ptaka, jest coraz niżej… teraz może dojrzeć pojedyncze domy, poznaje swój, ale nie tu zmierza. Widzi budynek szkoły, tak, tej dwie przecznice dalej. Kieruje się do jednego z okien, jest uchylone. Boże! Widzi siebie, ale jest jakaś inna, poważniejsza, starsza. Siedzi w pokoju nauczycielskim, naprzeciw niej jakaś nauczycielka. Ta kobieta uśmiecha się do niej, mówi coś. Słyszy coraz wyraźniej.
– Naprawdę wszyscy jesteśmy pod wrażeniem. Gratuluję pani syna. Nie dość, że jest najlepszym uczniem w szkole, to jeszcze wygrywa dwie centralne olimpiady przedmiotowe. Myślę, że jest pani dumna z Rafała.
– Bardzo jestem dumna. Jest moim największym skarbem i dla niego żyję.
– Nie dziwię się, jest tego wart.
Szkoła oddala się w zawrotnym tempie. Teraz leci w kierunku Uniwersytetu. Widać oświetlone okna auli. Odbywa się uroczystość wręczania dyplomów. Tłum ludzi, a w pierwszym rzędzie wśród zaproszonych gości siedzi Ewa. To już nie ta dziewczyna obcałowująca się z chłopakiem na klatce schodowej, to kobieta w średnim wieku.
Na mównicy stoi dziekan i przemawia do zebranych.
– Drodzy państwo, jest mi niezmiernie miło oznajmić, że wśród naszych dzisiejszych absolwentów jest student, któremu udało się równolegle skończyć cztery kierunki. Jest to pierwszy taki przypadek. Prymus nazywa się Rafał Jałczak i zapraszamy go, jako pierwszego, do odebrania dyplomów – wskazuje kogoś na widowni.
Na sali robi się szum. W trzecim rzędzie podnosi się z krzesełka wysoki chudy młodzieniec z burzą czarnych kręconych włosów. Wśród gromkich oklasków podchodzi do szefa wydziału. Ten wręcza mu cztery ciemnoniebieskie książeczki.
– Nasz wybitny absolwent ma do nas jedną prośbę. Chce powiedzieć kilka słów i robię zadość jego życzeniu, udostępniając mu mównicę – dziekan siada za prezydialnym stołem, a do mikrofonu podchodzi Jałczak. Spogląda po zebranych, zalega cisza.
– Wiem, że w pierwszych słowach powinienem podziękować gronu naszych wybitnych wykładowców, ale proszę o wyrozumiałość. Chcę moje pierwsze słowa skierować do mojej mamy, będącej tu razem z nami.
Spogląda w kierunku Ewy. Wszystkie oczy kierują się na skromnie ubraną kobietę w pierwszym rzędzie. Ona siedzi wpatrzona w syna, a jej oczy błyszczą od łez, od łez szczęścia.
– Mamo, dziękuję ci za wszystko, dziękuję ci za twoje poświęcenie, za twój trud i oddanie. Zrezygnowałaś ze wszystkiego, żeby mnie wychować, dałaś mi całe swoje życie. Nie ma nic cenniejszego niż życie. Za to wszystko dziękuję ci!
Zrywają się gromkie oklaski, cała sala wstaje i bije brawa.
Nagle wszystko ginie.
Ostre światło letniego słońca zajrzało do mieszkania Ewy.
Ona sama spoczywała na kanapie i spała. Była przykryta grubym kocem. Na pufie obok niej leżał sznur z groźnie wyglądającą pętlą.
− Gdzie ja jestem? Czemu nic nie widzę, tylko gęstą mgłę? Zaraz, zaraz… może ja śnię? Może to tylko dziwny sen, dziwny chory sen? Panie mój, oszczędź mi tego, ja jestem tylko Twoim wiernym sługą. Zaraz, niech sobie przypomnę, przecież pamiętam, tak, pamiętam ten przystanek. Miałem dostać się do zatłoczonego autobusu i zabić jak najwięcej niewiernych. Nie udało się, niewierni za wcześnie zauważyli moją bombę. Panie przebacz mi, że nie wywiązałem się z zadania. Panie, wiem, że spotka mnie za to surowa kara i jestem gotowy ją przyjąć. Wiem, że zawiniłem – dałem się zdemaskować.
− Panie, przemówiłeś do mnie, do niegodnego Twego sługi, dzięki Ci!
− Hassanie, dlaczego?
− Co dlaczego, mój Panie? Nie rozumiem?
− Nie jestem Panem, jestem jego sługą i ja mam podjąć decyzję, co zrobić z Tobą. – głos wyraźnie zdenerwował się. – Pan nasz płacze nad wami, głupcami, którzy przelewają morze krwi niby w jego imieniu. On nigdy nie każe przelewać krwi niewinnych. On kocha wszystkich ludzi bez względu na wyznanie. Przecież jest jeden Bóg i chcąc nie chcąc wszyscy się do niego modlą. Jakim prawem podszywacie się pod niego? Jakim prawem wymierzacie za niego sprawiedliwość? Przecież w Koranie jest napisane, że Bóg jest Miłosierny i Litościwy. Czemu o tym nie pamiętacie? Wielki jest Jego gniew na was i kara będzie surowa. Ten, kto odbiera życie innym jest potępiony w dwójnasób.
− Panie, ale to byli niewierni. Nasi duchowni wciąż nam mówili, że należy zabijać niewiernych.
− Hassanie skończyłeś Harward i to jako jeden z najlepszych, więc powinieneś sam ocenić to, co mówią wasi duchowni. Dla ciebie nie ma wytłumaczenia, byłeś człowiekiem inteligentnym i nie mógł ci żaden prymitywny przywódca duchowy zmienić światopoglądu. Chciałeś zabijać i zabiłeś. Zabiłeś sześć osób i dwie ciężko raniłeś. Musisz ponieść konsekwencje swojego czynu i je poniesiesz. Nie wiem, jaka będzie kara, muszę to wszystko przeanalizować.
− Panie, ale ja naprawdę w to wierzyłem, robiłem to dla Niego, dla Jego chwały.
− Hassanie, dlaczego nie wybrałeś innej ścieżki? Dlaczego?
− Jakiej ścieżki? Nie rozumiem?
− Mogłeś pomagać biednym. Mogłeś starać się wykorzenić nienawiść, siać dobro jak każe Koran. W ogóle, to czytałeś Koran?
− Panie znałem go prawie na pamięć. To przecież Święta Księga, każdy z nas musi go znać.
− No właśnie dobrze powiedziałeś… musi.
− Tak panie!
− Nie, każdy z was powinien go zrozumieć, a nie bezmyślnie przeczytać. Gdybyś chciał go zrozumieć, wtedy cieszyłbyś się z lektury każdego słowa, każde byś analizował, myślał o jego znaczeniu. Koran jest mądrym dziełem, ale dla mądrych ludzi, dla ludzi myślących. Taki jak ty, absolwent dobrej uczelni, powinien sam interpretować słowa naszego Pana, a nie słuchać interpretacji często niedouczonych duchownych. Światem rządzi polityka i ona nagina religie dla swoich potrzeb. Pan nasz jest zły na ludzi, że wykorzystują jego autorytet dla własnych korzyści. Podszywają się pod znajomych Boga, żeby siać strach i wywoływać wojny. Będziecie za to rozliczeni, wszyscy tu wcześniej czy później trafią. Ja i moi współpracownicy rozliczamy tu wszystkich od papieży po zwykłych robotników. Inne stosujemy kryteria dla każdego, albowiem nasz sąd jest sprawiedliwy.
− Panie, skoro są tu papieże to znaczy, to jeszcze jeden dowód, że Allach jest jedyny.
− Głupcze! – głos zdenerwował się. − przecież gdybyś przeczytał uważnie Koran i orientował się chociaż trochę w religii tych, których zabiłeś, to wiedziałbyś, że to jeden i ten sam Bóg. Przecież prorocy katolików są waszymi prorokami. Nawet Jezus jest prorokiem Islamu. Ty, tak wykształcony, jak mogłeś tak oślepnąć? Dlaczego ty?
− Ja już nic nie rozumiem.
− Nie rozumiesz? – głos wyraził zdenerwowanie. – Co to byłby za Bóg, który kazałby mordować ludzi tylko dlatego, że go nie znają. Tak Hassanie, tylko dlatego, że go nie znają. Skąd ma wiedzieć dziecko niewierzącego, że Bóg istnieje? Kto ma mu o tym powiedzieć? Zresztą i ci niewierzący w duchu wierzą, oni się do tego nie przyznają, ale wierzą w siłę nadprzyrodzoną, czyli w Boga. Nieważna jest nazwa, nazwa to wymysł człowieka, żeby móc Boga zidentyfikować, określić. Bóg nie ma nazwy.
− Gdyby nie to, że tu jestem pomyślałbym, że to bluźnierstwo – szepnął mężczyzna.
− Dlaczego odrzucałeś to, co ci podsuwał rozum? Przecież wiemy, że często myślałeś o Nim i myślałeś jak rozsądny człowiek. Twoje myśli cieszyły Pana, ale nagle to wszystko zmieniło się, odkręciło w zupełnie złym kierunku. Tak jakbyś zatrzasnął wielkie wrota rozumu i oddał się ciemnocie. Dlaczego?
− Bo zabili mi rodziców? – szepnął.
− Czy ci, którzy zabili twoich rodziców, zginęli na tym przystanku?
− Nie.
− Jak ktoś ukradnie ci pieniądze, to idziesz i na ulicy okradasz kogoś innego?
− Nie, przecież to tak samo kradzież.
− No właśnie. Jak ktoś kogoś zamorduje, to nie można złapać kogokolwiek na ulicy i jego ukarać, trzeba złapać mordercę.
− Ale to byli niewierni!
− Dalej nie rozumiesz. Czy jakby ci jakiś Murzyn zabił rodziców, to ścigałbyś innego Murzyna, czy tego konkretnego?
− Konkretnego, przecież to nie jego wina, że jest czarny.
− To, dlaczego nie uznajecie tych praw dla ludzi innych wyznań? Dlaczego?
− Bo niewierni służą fałszywym Bogom!
− Oj, Hassanie nieprędko zrozumiesz moje słowa. Twoja pokuta za to zabójstwo będzie surowa, ale i kształcąca. Musisz ponownie otworzyć wrota rozumu i bezpowrotnie zatrzasnąć te od głupoty.
− Wszystko zrobię Panie byle dostać się do Ogrodów Szczęśliwości.
− Nie masz wyboru, przed wolą Pana nie uciekniesz. Myślę jednak nad karą dla ciebie, gdyż wachlarz ich jest przeogromny. Jedno jest pewne, że wrócisz na ziemię.
− Na ziemię?
− Tak Hassanie wszystko kręci się na ziemi. Ludzie od początku Świata szukają daleko tego, co jest tak blisko, tego, co jest na wyciągnięcie ręki. Rajskie Ogrody są na Ziemi i Piekło też. Wszystko zależy od tego, kiedy się urodzisz i gdzie. Twoja linia losu jest zapisana w momencie narodzin, ale od ciebie zależy, czy pójdziesz tym szlakiem, czy też skręcisz. Ty miałeś piękną linię, ale zboczyłeś z niej i wpadłeś w przepaść.
− To Rajskie Ogrody nie są wieczne?
− Wieczne? Nic nie jest wieczne oprócz naszego Pana. Chciałbyś biegać po jakiś ogrodach milion lat? Przecież uznałbyś to już po roku za karę, po kilku za przekleństwo. To ma być nagroda. Nagrodą jest wspaniałe szczęśliwe życie, udane dzieci, brak chorób i innych trosk. Spełnianie swoich najskrytszych marzeń to też element rajskiej nagrody.
− A kary? Jakie są kary?
− Kary? Różne, ale podam ci kilka przykładów. Słyszałeś o Hitlerze, tym zbrodniarzu?
− Tak.
− On został sekwoją.
− Sekwoją? Co to za kara?
− Wbrew temu, co myślisz jest to jedna z najokrutniejszych kar. Chciałbyś stać w bezruchu pięć tysięcy lat bez możliwości choćby podrapania się? Chciałbyś, żeby przez kilka tysięcy lat powoli zżerało cię robactwo? Chciałbyś stać tak gdzieś na uboczu, gdzie nic się nie dzieje? Wiesz jak wtedy czas wolno płynie? Nie śpisz, nie jesz, tylko stoisz. Czujesz zimno, czujesz wieczny głód, czujesz potrzebę oddania moczu, ale nic nie możesz. Stoisz i tylko stoisz. Modlisz się o drwala, który skróci twoje cierpienie, ale on nie nadchodzi. Mijają lata, mijają setki lat, mijają tysiące. Błagasz o siekierę, błagasz o burzę z piorunami, o cokolwiek, co skróci twoje cierpienie. Ale nic nie nadchodzi… Ta sekwoja żyje bardzo długo, musi odcierpieć za miliony istnień, to musi być kara specjalna. Powiem ci tylko, że jest kilka takich sekwoi. Jedną z nich jest Stalin. Pewnie słyszałeś o tym łotrze?
− Owszem, słyszałem. – szepcze.
− Z reguły zasada kar jest prosta. Biłeś, to będziesz bity, zabijałeś zwierzęta, to będziesz zwierzakiem, żeby poczuć swoje własne cięgi. Kradłeś, to będziesz okradany. Prześladowałeś dzieci, to ponownie urodzisz się, ale w rodzinie z agresywnym rodzicem. Przecież to jest prosta zależność. Każdy dostanie to, na co zasłużył. Wielka jest mądrość naszego Pana. Zawsze oprawca staje się ofiarą, musi poczuć ciężar kary.
− A kto jest wtedy oprawcą?
− Ci z Ogrodów Szczęśliwości, wielu zbacza ze swojej szczęśliwej ścieżki.
− To moje życie było tym Rajem?
− Tak, ale do czasu zejścia. Piękne życie było tobie przeznaczone. Miałeś zostać prezydentem, wielkim mężem stanu, ale wszystko zmarnowałeś. Wszystko legło w gruzach, kiedy podałeś po kryjomu koleżance ze studiów pewien środek.
− To nie ja!
− Przestań, zapominasz gdzie jesteś, tu nie ukryjesz prawdy, my wiemy wszystko. Ta sprawa zaważyła na wszystkim. Zszedłeś z rajskiej ścieżki i ruszyłeś tą zachwaszczoną. To był twój wybór, Hassanie.
− Czyli życie w raju nie jest proste?
− Nic nie jest proste Hassanie. Jeśli jednak będziesz się w życiu kierował sercem ono poprowadzi cię prostą drogą ku szczęśliwości. Nie powiem wiecznej, bo wieczność jakiegoś, chociażby najpiękniejszego, stanu staje się w pewnym momencie przekleństwem. Dziwi nas, że wasi duchowi przywódcy kuszą życiem wiecznym. Przecież jak człowiek dożywa stu lat, to czuje się już zmęczony, a cóż dopiero mówić o życiu dwieście, czy trzysta lat? Karmią was głupotami, robią wam wodę z mózgów i później są takie efekty.
− Nie tak sobie to wyobrażałem. – jęknął mężczyzna.
− Człowiek żyjący zgodnie z prawdziwymi naukami Boga zawsze idzie dobrą ścieżką i wciąż powraca do Rajskich Ogrodów. Wtedy może osiągnąć wieczność. Jednak jest to o tyle trudne, że nikt z was nie wie, jakie są prawdziwe nauki Boga. Co innego słyszycie w świątyniach, a co innego nieraz każe wam robić serce. Stoicie na rozdrożu i nie wiecie gdzie iść. Co jest dobre? To, co głoszą autorytety, czy to, co sami czujecie? Wielcy prorocy mieli wskazać wam prawdziwe drogi, ale ci, którzy przyszli po nich wszystko przeinaczyli. Może już czas na nowych proroków? Może czas naprostować ponownie wszystko? Może czas pozwalać z ołtarzy fałszywych bogów i półbogów?
− Nie każesz być mi sekwoją?
− Nie Hassanie będziesz ponownie człowiekiem, ale twoje życie będzie ciężkie, będzie pozbawione szczęścia i radości.
− Dam radę.
− To nie wszystko, to nie koniec pokuty. Będziesz powracał na ziemię tyle razy, aż skończy się twoja pokuta. Twoje cierpienia będą straszne, ale tylko to może odkupić twoje winy. Nie będziesz pamiętać naszej rozmowy, ale zawsze tuż przed śmiercią przyjdę do ciebie i przypomnę ci naszą dzisiejszą rozmowę.
Zamówienia Poniżej fragment książki "Polskie pieskie życie".
POGRZEB TATUSIA
- Oto dziś żegnamy Franciszka, sługę bożego, dobrego męża i ojca!
- Był palantem i umarł jak palant – szepnąłem sam do siebie.
- Nieukojona w żalu Rodzina płacze nad trumną i modli się żarliwie, by dusza świętej pamięci Franciszka znalazła drogę do Raju, by znalazła ukojenie w Królestwie Niebieskim.
- Mnie to lata, gdzie wylądujesz – burknąłem przez zaciśnięte zęby. – Zawsze byłeś nikim, przecież nikt po tobie nie płacze. Czemu zawsze gadają te formułki?
Spojrzałem po twarzach reszty rodziny, nieźle udawali, a bratowe nawet dyskretnie ścierały łzy.
- Ktośby pomyślał, że im szkoda teścia. Jakoś jak żył. to nie były skore, by go odwiedzić, a wręcz przeciwnie chowały się przed nim. Fałszywe stare dziwki, tak jak wszyscy tu dookoła.
Ja jestem, bo muszę, jestem w końcu synem, ale słowo daję…. gdyby nie ta rola to i w sześć koni by mnie tu nikt nie zaciągnął, chyba……żeby sprawdzić czy na pewno go zakopali, by upewnić się, że wreszcie zaświtało światło szczęścia w moim tunelu. Tak, bo to był tunel od lat. Od lat szarpałem się z tym starym idiotą i sklerozą. Powie ktoś, że nie powinienem tak mówić o rodzicu i może ma rację, ale ja mam swoje zdanie w tej materii. Uważam, że zawsze trzeba być sobą, trzeba oddać szacunek tym , którym się należy, trzeba pokazać wzgardę „szmaciarzom”, nawet wtedy , kiedy są naszymi bliskimi. Co tu w końcu ma do rzeczy pokrewieństwo? Powiem więcej… pokrewieństwo przeszkadza, przeszkadza, bo blokuje, hamuje nas w wyrażaniu swoich myśli, w okazywaniu swoich uczuć, tak złych… jak i dobrych. Jak patrzę na te smutne braterskie buźki, to mi się dosłownie scyzoryk otwiera w kieszeni, zwykła błazenada. Dobrzy synkowie, płaczą po tatusiu, tatko ich osierocił, niezły kabaret. Starszego tyle w życiu wytłukł, że dziwne iż przeżył. Fakt…. ma kogo żałować. Tak to może jeszcze tatuś, by mu sztachetą mózg naprostował. Ten średni zawsze działał na niego jak płachta na byka, zieleniał jak papierówka na jego widok. To był obiekt nienawiści numer jeden i swoje wzniosłe uczucia tatuńcio przekazywał często i zamaszyście. Brrrr!
Teraz stoją i patrzą na trumnę. Obydwaj tacy smutni, aż żal na nich spojrzeć, za chwilę chyba rzucą się na zwłoki i nie pozwolą grabarzowi zasypać tego najukochańszego.
- Rodzina dziękuje rodzinie Matusków, rodzinie Kowalskich , rodzinie Tymotków , za to że byli z nimi w tych trudnych chwilach, i że dziś razem żegnają świętej pamięci Franciszka.
- Cholera, mógłby sobie darować tego „świętej pamięci” – syknąłem. – Nigdy nic nie miał wspólnego z żadnym świętym, a więc tym bardziej teraz. Te słowa są nie na miejscu. Bliżej mu było do piekła, niż do nieba, dużo bliżej. Ha, ha, ha , a o jakich trudnych chwilach on mówi? Chyba jest na haju , bo ja tu już nic nie rozumiem. Jakie trudne chwile? Przecież oni go nie odwiedzali od lat. Mało tego, kiedy widzieli, jak grzebał w miejskich śmietnikach, to przechodzili na druga stronę ulicy, żeby ich nie zauważył. Wszyscy unikali go jak ognia, a teraz tak mu dziękują. Jedno jest pewne, teraz pójdą na stypę, pójdą „nawpieprzać się” do syta na nasz rachunek. Muszą sobie przecież odbić straty za te kwiaty i wiązanki, nie będą dokładać do starego dziada i do tego martwego dziada. Ostatnia okazja, by obeżreć naszą rodzinę, no nie przepraszam została jeszcze mama, jeszcze jedna okazja, by zjeść i wypić.
- Teraz kilka słów o zmarłym powie pan Marcinak – ksiądz zakończył odprawiać swoje rytuały.
- Patrzę na trumnę i potworny żal ściska mi gardło – zaczął były kierownik mojego ojca. – Dlaczego opuściłeś nas drogi Franciszku? Dlaczego?
- Ale jajo – zwróciłem się do żony – Zobacz bydlaka, cały czas dokopywał staremu po jajach, a teraz płacze na jego pogrzebie, chyba brakuje mu tego kopania.
- Świnia! – szepnęła.
- Coś ty – obruszyłem się - był chociaż jeden taki, co mu dokopał. Nieraz złapałem się na tym, że w gruncie rzeczy lubię tego Marciniaka. To był taki cichy sprzymierzeniec, taki egzekutor za nasze krzywdy.
- No wiesz – oburzyła się – jak możesz tak mówić?
- Mogę, wszystko mogę – zaśmiałem się i to chyba ciut za głośno, albowiem wszyscy spojrzeli się na mnie z nieukrywanym niesmakiem. Jak można śmiać się na pogrzebie, przecież to profanacja. Pamiętam taki stary kawał o wariatach…Umarł dyrektor domu wariatów i wysłano na pogrzeb dwóch takich najmniej ześwirowanych jako delegację. Kiedy wrócili, wezwano ich do dyrekcji , by zdali relację z uroczystości.
- Nie miał facet przyjaciół – stwierdził jeden ze świrów.
- Czemu tak sądzisz ? – spytali pracownicy.
- Bo jak zagrali, to tylko my dwaj tańczyliśmy – odparł.
Kawał kawałem, ale trzeba uszanować nieboszczyka i zrobiłem zaraz smutną minkę, taką odpowiednią, chyba nawet bardziej zatroskaną od moich zrozpaczonych braci. Tak, wyglądałem na takiego, którego dopadło załamanie nerwowe z …..rozpaczy oczywiście.
Zaraz ktoś powie, że jestem cynicznym draniem, ale uważam, że to niesprawiedliwa i bardzo krzywdząca ocena. Ja jestem szczery do bólu, do prawdziwego bólu. Nie jestem błaznem płaczącym na zawołanie, nie będę wychwalał człowieka , którego rola jako ojca zaczęła i właściwie zakończyła na biologicznym rytuale. Ja tak nie potrafię i nic na to nie poradzę, nie jestem aktorem, jestem sobą, zwykłym człowiekiem odtrącanym, niezauważanym przez całe swoje życie. Nigdy nie zapłaciłem mu za jego brak zainteresowania, za brak uczuć rodzica i teraz na koniec mogę okazać swoje lekceważenie, swoja pogardę, wreszcie wyzwolić się od kompleksu niezauważanego syna. Byłem zawsze nikim dla niego i zawsze potrafił mi to okazać, tego nigdy nie przeoczył. W tym jednym był prawdziwym mistrzem.
- Idź rzucić grudkę ziemi na trumnę – żona szarpnęła mnie za ramię.
W swoich rozmyślaniach utraciłem kontakt ze światem, faktycznie Marciniak skończył przynudzać i teraz rodzinka, rwąca z rozpaczy ostatnie włosy z głowy, podchodziła wężykiem do wielkiej czarnej dziury, w którą przed chwilą wpuścili pojemnik z tatusiem. Grudka za grudką, czarna mokra ziemia z głuchym łoskotem spadała na zręcznie zbite cztery deseczki.
- A niech cię licho– burknąłem pod nosem i z impetem walnąłem dużą grudą w okolicach głowy nieboszczyka.
- Może coś poczuł? – pomyślałem z nutką nadziei i wolno odszedłem od miejsca pochówku.
Tym akcentem zakończyła się pierwsza część imprezy pod tytułem: „Pogrzeb tatusia” i udaliśmy się na tę ciekawszą , na część rozrywkową, czyli stypę. Teraz takie atrakcje urządza się w lokalach i całe szczęście. A kto by sprzątał po takiej bandzie wyjadaczy. Udając rozpacz i wielki smutek, dostojnie parami przemieściliśmy się na sąsiednią posesję do nowo wybudowanego kompleksu gastronomiczno – pogrzebowego. Z jednej strony budynku wywożono zwłoki, a z drugiej odbywały się tak zwane wspominki po zmarłych zakrapiane całkiem niezłym alkoholem. Usiedliśmy przy długim stole, umieszczając wdowę na małym podwyższeniu w centralnym punkcie. Musiała być zauważalna z każdego miejsca, to przecież była jedyna zrozpaczona osoba w tym gronie. Jej łzy były szczere, jej smutek prawdziwy gdyż ona jedna straciła, tak straciła……….. emeryturę męża.
Sama impreza nie zazębiała się jakoś, wszyscy byli drętwi, jacyś sztuczni, bym powiedział, aż za poważni, za bardzo przejęli się rolą żałobników i dopiero może druga kolejka rozruszała towarzystwo. Wspomnienia i jeszcze raz wspomnienia wracały jak czkawka u starego pijaka i, mimo że pochowany, tatuś wciąż był żywy.
- Czy skończy się ten koszmar? – szepnąłem do żony. – Dlaczego wciąż wszyscy o nim gadają bez miary, dlaczego nikt nie powie, jaki był naprawdę.
- Bo to nie wypada .
- Nie wypada? – zdziwiłem się. – Wypada kłamać, wybielać postępki, udawać, że tatuś był niewiniątkiem? Wypada mówić te wszystkie głupoty?
- Tak, bo nie żyje! – odparła.
- Hej, bracie – zwróciłem się do najstarszego synka tatusia – pamiętasz, jak tatuś darł kiedyś kożuch na twych plecach, jak w pijackim zwidzie katował ci buźkę?
- Nie ! – odparł zmieszany. – A jeśli tak było, to dawno.
- Hej bracie! – zwróciłem się do średniego synusia tatusia – Pamiętasz jak tatuś tępił cię przez całą młodość? Pamiętasz jak tłukł tobą o ścianę?
- Nie – odparł niechętnie – było minęło , nie warto wspominać.
- Tatuś też był, minął i też nie jest wart wspominania! – wzburzony krzyknąłem na całą salę. Raptownie wstałem, odsunąłem krzesełko i wybiegłem z sali.
- Rzygam nimi – syczałem przez zęby. – Nawet po jego śmierci nie mają odwagi powiedzieć, co o nim myślą. Boją się jego ducha czy co?
Żona wybiegła za mną, ale ja wciąż przyspieszałem, nie chciałem, by mnie dogoniła. Chciałem być sam, tylko sam i nikt więcej. Zgubiłem ją chyba w piątej alejce, szedłem bez celu między grobami, aż zobaczyłem jakąś ławeczkę. Bezmyślnie usiadłem i ukryłem twarz w rękach.
- Dlaczego, dlaczego? – szeptałem sam do siebie.
- Co dlaczego? – usłyszałem jakiś bardzo przyjemny głos tuż koło swojego ucha. Był tak przyjemny, że aż nierealny, jakby nie z tego świata, bałem się spojrzeć, bałem się, by czar nie prysł.
- Dlaczego kłamiemy, oszukujemy przez całe życie, dlaczego tak często nie mówimy, co naprawdę myślimy, dlaczego mówienie prawdy jest prawie zbrodnią?
- Ciekawe i wielopłaszczyznowe pytania , odpowiedź na nie, nie jest prosta, nie może być jednoznaczna. – odparł głos.
- Jak nie może? Czyli nie zawsze prawda jest prawdą?
- Nie, upraszczasz sprawę, prawda jest prawdą, ale nie zawsze mówienie prawdy wyzwala prawdę lub inaczej, nie zawsze mówienie prawdy służy dobru, czasem nieprawda bardziej mu się przysłuży. Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale nieraz zdarza się , że prawda zabija, zaś nieprawda daje możliwość przeżycia, odrodzenia prawdy.
- Zawsze mnie uczono, że wszystko należy budować na prawdzie – broniłem swoich racji.
- I dobrze cię uczono – pochwalił głos – ale są twoje prawdy, moje prawdy i mogła być na przykład prawda twojego ojca.
- Mojego ojca?
- Tak, twojego ojca. Przecież nie wiesz co tkwiło w jego głowie, nie wiesz czym kierował się wychowując was, nie wiesz, jakie miał słabości i jak z nimi starał się walczyć? Co wiesz o swoim ojcu? Czy znasz całe jego życie? Skąd wiesz, że naprawdę był zły? Może to tylko złudzenie? Może tym zachowaniem obronił was przed czymś gorszym? Jest wiele pytań, a na ile znasz odpowiedzi? Na jedno, może dwa, a reszta? Powiedz mi czy znasz odpowiedzi na pytania, które ci zadałem?
- No – zawahałem się – nie na wszystkie.
- Ja znam – odparł głos. – Znałem twojego ojca, kiedy był małym chłopcem i wierz mi, dzieciństwo miał dużo gorsze niż ty czy twoi bracia. Zapewne wiesz, że wychował się na wsi, ale nie wiesz, że pierwsze własne buty dostał w wieku piętnastu lat. Czy wyobrażasz sobie coś takiego? Zresztą buty to nic, ojciec jego czyli twój dziadek był furiatem. On nie bił dzieci, on je katował. Życie w ich domu, to był wieczny horror i powiem ci, że jeden z braci twojego ojca nie wytrzymał tego piekła na ziemi, powiesił się w stodole. Jego śmierć ukryto, zwłoki zakopano po cichu za oborą, a we wsi rozgłoszono, że uciekł do miasta. Nawet twój ojciec o tym nie wiedział, czegoś się domyślał, ale nigdy nie poznał całej prawdy. Matka twego ojca zmarła ze zgryzoty, albowiem nie była w stanie powstrzymać nienormalnego męża, a dzień i noc drżała o życie pozostałych dzieci. Kiedy ona zmarła, rozpętało się piekło, dziadek oszalał do końca i wtedy w twoim ojcu dojrzała okrutna decyzja. Jako najstarszy z rodzeństwa postanowił ich bronić przed tyranem. Któregoś razu, kiedy dziadek katował najmłodszą córkę, twój ojciec chwycił kamień. Pod wpływem impulsu uderzył ojca silnie w głowę. W ten oto sposób twój ojciec zabił swojego ojca. Zimno oceniając zrobił źle, ale czy na pewno? Powiem ci tylko, że gdyby wtedy postąpił inaczej dziadek twój zabiłby córkę. Życie za śmierć, zło wyzwoliło dobro. Gdyby wtedy twój ojciec powiedział prawdę i przyznał się do winy, to dziś nie byłoby tu ciebie ani twoich braci. Wybrał kłamstwo, upozorował wypadek i dzięki temu dziś mogę z tobą rozmawiać. Myślisz, że ławo jest żyć z poczuciem winy? Mimo, że źle mówiłeś o swoim ojcu, nie podniosłeś na niego ręki, nawet o tym nie pomyślałeś, on jednak to zrobił. Po przepiciu człowiek ma kaca, po wypadku złamaną nogę czy rękę, po operacji bliznę, a powiedz mi, co można mieć po zabiciu własnego ojca?
24 maja 2006 roku, Warszawa, potężny i ponury gmach IPN, czyli Instytut Pamięci Narodowej, lub jak mówią niektórzy Instrument Podlenia Narodu, godzina 13. Duży, ciemny korytarz na drugim piętrze, proste krzesła przy ścianach, a na czterech z nich siedzą panowie w większości w wieku … no, powiedzmy podpadającym tej Instytucji. Siedzą jak na szpilkach, nerwowo przeglądają jakieś stare czasopisma udając wielkie zainteresowanie. Tak naprawdę to czekają na decyzję - co będzie z nimi dalej? Czy będą wrogami czwartej Rzeczypospolitej, czy tylko podejrzanymi typami dla nowej władzy? Na przyjaźń rządzących nie mają co liczyć, ponieważ mają tu swoje akta.
Pierwsze krzesło zajmuje pan w wieku około czterdziestu pięciu lat. Niewysoki z przerzedzoną czupryną w kolorze lekko rudawym, o chudej wybiedzonej twarzy i szczupłej sylwetce nerwowo przygląda się pozostałym. Staranny ubiór świadczy o wysokiej pozycji społecznej….dyrektor, lub minimum kierownik w dużej firmie.
Drugie siedzisko okupuje łysy grubawy osobnik, ubrany mimo wysokiej temperatury w czarny gruby garnitur. Nerwowo drapie się po spoconym karku, jakby uwierał go kołnierzyk. Na 90 procent jest księdzem lub zakonnikiem.
Trzeci z nich to z wyglądu taki typowy robociarz. Wielkie spracowane dłonie opiera na poręczach krzesła, nie patrzy na innych , nie wykonuje nerwowych ruchów, a jedynym objawem jego zdenerwowania są napięte żyły na rękach. Zamyślony i jakby oderwany od życia siedzi i czeka … czeka na wyrok.
Czwarty skazaniec to wysoki facet może trzydziestoletni z gęstą czarną czupryną okalającą okrągłą twarz. Szlachetne rysy znamionują dobre wychowanie i jeszcze lepsze pochodzenie. Czym zajmuje się ten delikwent trudno zgadnąć , ale patrząc na jego dłonie pracę fizyczną trzeba wykluczyć. Może własna firma, a może działalność twórcza?
Siedzą w milczeniu i wpatrują się w wielkie białe drzwi, za którymi bez ich udziału i bez udziału ich adwokatów urzędnicy podejmują decyzje, które będą miały ogromny wpływ na ich przyszły byt lub niebyt. 17 lat po upadku Komuny, a duchy przeszłości powracają i depczą zarówno oprawców, jak i ich ofiary. Czterech mężczyzn z różnych środowisk uwikłanych w przeszłości w dziwne na pozór układy, ale tak naprawdę to cały naród ubabrany po łokcie w jednym wielkim gównie.
Oto historie - historie ludzi, którzy musieli żyć w tej narzuconej im odgórnie rzeczywistości. To Świat, który nie jest ani biały, ani też czarny i nie ten który pokazują dziś w telewizji. Jakże pamięć ludzka jest zawodna, a może wybiórcza???
SYN PROMINENTA
Andrzej Anioł urodził się 1 kwietnia 1951 roku (w prima aprilis, ale jego życie niedużo miało wspólnego z żartem) w Kaliszu w rodzinie… nie robotniczej. Myślicie, że to nieważne w jakiej rodzinie się urodził, ale to nieprawda. Będąc dzieckiem lokalnych prominentów, ale wykształconych prominentów był pozbawiony dodatkowych punktów na studia za robotnicze pochodzenie, co w rezultacie znaczyło podwyższoną poprzeczkę na egzaminach. Ojciec - komendant lokalnej milicji trzymał surową pieczę nie tylko nad lokalnymi bandziorami, ale i również nad swoim jedynym synem. Matka z zawodu dentystka leczyła zęby wszystkim, a w pierwszej kolejności co ważniejszym personom w mieście. Rodzinie Aniołów powodziło się jak na tamte czasy doskonale. Co trzy lata talon na nowy samochód, ciągłe wyjazdy do znanych kurortów, a raz na dwa lata wakacyjny wyjazd nad cieplejsze morze do jednego z zaprzyjaźnionych krajów z Demoludu, czyli „żyć nie umierać”. Andrzej uczył się miernie. No cóż, po prostu nie był ani pracowity, ani też wyjątkowo zdolny – zwykły przeciętniak. Ojciec bolał nad tym, ale wierzył, że w razie problemów Partia wyciągnie rękę w geście bratniej pomocy. Przez liceum młody Anioł przeszedł bez kłopotów. Matura sprawiła trochę problemów, ale zrobiono małe „czary mary" i zamieniono pracę z języka polskiego. Pytania ustne wylosował w domu dzień wcześniej i wkuł na pałę. Pomoc na egzaminie dojrzałości była formą wdzięczności dla seniora rodu za zajęcie odpowiedniego stanowiska podczas „Wydarzeń Marcowych”, gdyż każda Władza stara się dbać o swoich wyrobników.
Przyszła pora egzaminów na studia. Andrzej wybrał politechnikę. Postanowił zostać inżynierem, budować lokomotywy i statki dla swojej Socjalistycznej Ojczyzny. Obydwoje rodzice z przekonań prawdziwi komuniści przez całe dzieciństwo wpajali swojej latorośli miłość do teorii Marksa i Engelsa. Dla chłopca byli wyrocznią i żyjąc w dobrobycie nie miał podstaw by im nie wierzyć. Pierwsze dni lipca były gorące dla rodziny Aniołów. Tata wykonał wiele kurtuazyjnych wizyt w Komitecie Wojewódzkim w Poznaniu, przypomniał się wielu kolegom w regionalnych władzach, a starania zaowocowały dodatkowymi punktami dla syna i cichą pomocą na egzaminach. Środowisko akademickie przetrzebione wiosennymi rozruchami wzmocnione zostało nową kadrą, a co najważniejsze bardziej uległą władzy. Sytuacja ta ułatwiła manipulację wynikami i „nadzieja” rodziny została studentem pierwszego roku.
Chłopak wziął się ostro do pracy i pierwszy rok pokonał w pierwszych podejściach, a rodzice byli dumni ze swojej latorośli Młodzieniec zaangażował się w organizacji młodzieżowej i praca społeczna na rzecz uczelni pochłaniała cały jego wolny czas. Nawet nie zauważył jak jego osobą zainteresowały się służby specjalne, a przecież młody aktywista był idealnym materiałem na tajnego współpracownika. Był wszędzie, widział wszystko, rodzice dobrzy komuniści, poglądy chłopaka nie budziły zastrzeżeń. Wszystko pasowało, by młody Anioł mógł zostać dobrym kapusiem.
21 grudnia 1969 roku około południa do stojącego przed budynkiem „A” Andrzeja podszedł nieznany mu student.
- Ty jesteś Anioł? – usłyszał głos za pleców.
Odwrócił się i zobaczył przed sobą wysokiego przeraźliwie chudego rudawego blondyna ubranego w długą szarą jesionkę. Uśmiechał się do niego życzliwie, ale w jego wzroku było coś, co go zmroziło.
- Tak, to ja - kiwnął głową – a o co chodzi?!
- Mam dla Ciebie wiadomość - odparł tamten – masz zaraz iść do budynku „B” na drugie piętro do pokoju nr 24. Ktoś tam na Ciebie czeka. Powodzenia! – odwrócił się i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź szybko się oddalił.
- Co za czort? – mruknął Anioł i chcąc nie chcąc wolno udał się pod wskazany adres. Budynek „B” ogólnie znał dobrze, przez jeden semestr miał tam część zajęć i tylko drugiego piętra nie znał w ogóle, ale tam podobno mieściły się biura uczelni. Szedł wolno korytarzem czytając numery pokoi, aż stanął przed drzwiami z małą tabliczką nr 24. Białe niczym niewyróżniające się drzwi, a co za nimi?
Delikatnie zapukał, a po chwili usłyszał przytłumiony głos ze środka – Wejdź!
Chwycił nerwowo klamkę, delikatnie pchnął i znalazł się w małym, prawie nie umeblowanym pokoiku. W samym centrum stało jakieś obleśne szare, podrapane biurko, a pod ścianą z lewej strony ustawiono mały regalik. Jeden jak i drugi mebel świecił pustkami. Przy pustym biurku siedział około 65-letni niski, suchy i przygarbiony mężczyzna z dużym zakrzywionym nosem, siwymi przerzedzonymi włosami, z wyraźną łysinką z tyłu głowy i małymi bystrymi oczkami ukrytymi w głębokich oczodołach. Te oczka starały się teraz przewiercić go na wylot.
- Siadajcie Obywatelu – wskazał ręką obskurne krzesło. Młodzieniec ostrożnie usiadł na krawędzi, a gospodarz wyciągnął jakąś szarą teczkę z czarnej skórzanej torby i nie zważając na studenta zaczął ją wnikliwie studiować. Ciszę zakłócał jedynie szum przewracanych kartek, a nasz bohater rósł jak na drożdżach ze zdenerwowania.
- O co tu chodzi? Co to za facet i czego ode mnie chce? – same pytania kłębiły mu się pod czaszką.
Wreszcie po kilku minutach teczka zamknęła się z hukiem i mężczyzna znów zaczął prześwietlać Andrzeja swoim rentgenowskim wzrokiem.
- Co za nazwisko? – jęknął zdegustowany - w kraju dążącym do komunizmu powinni zabronić noszenia takich nazwisk. Macie szczęście, że Wasz ojciec to oddany sprawie Towarzysz, bo inaczej byśmy powiedzieli - albo zmienicie nazwisko, albo precz z uczelni. No, dobrze – westchnął i dodał pojednawczo - to przecież nie wasza wina. Słuchajcie no Aniol ( jakoś Anioł nie przeszło mu przez gardło). Wiecie, studia trwają cztery lata i pełne są wielu niemiłych niespodzianek – wzrok mówcy zrobił się groźny – i nie każdy jest wstanie to pokonać. My potrzebujemy takich jak Wy, czyli z dobrym partyjnym pochodzeniem, zdolnych i co najważniejsze lubianych przez innych. Wiemy, że Was bardzo lubią - wstał powoli i zaczął przechadzać się za plecami studenta. Mówił wolno, każde słowo ważył zanim powiedział - Nie chcemy oczywiście byście donosili na kolegów, czy koleżanki, ale wiecie, że wróg czuwa i czeka tylko na moment by wbić nóż w plecy naszej kochanej władzy. Nie możemy dopuścić by elementy wichrzycielskie zadomowiły się na uczelniach i rozpowszechniały zepsute idee. Chcemy tylko wiedzieć bez nazwisk, kiedy coś niedobrego się dzieje.
- Mam donosić na kolegów?! – Andrzej zerwał się z krzesła.
- Spokojnie – położył studentowi ręką na ramieniu zmuszając go by usiadł z powrotem – nie, nie donosić, ale sygnalizować, że coś złego się dzieje. Przecież ojciec mówił Ci, co wrogowie naszej Ojczyzny potrafią zrobić z umysłami, a młody wiek jest najbardziej podatny na takie głupoty. Przecież to dla dobra kraju. Czy uważasz, że chciałbym by Twoim kolegom stała się krzywda? Oni nie zdają sobie sprawy z zagrożenia i łatwo wpadają w pułapki zastawione przez naszych wrogów. Ty rozumiesz dużo więcej od innych, bo wiedzę swoją wyssałeś z mlekiem matki, gdy inni nie mieli takich możliwości. Jesteś uprzywilejowany od dziecka i nawet podczas matury pomogliśmy Tobie w osiągnięciu sukcesu. Trzeba sobie pomagać - wtedy my Tobie - teraz Ty nam, takie jest życie.
Młody Anioł zaczął się łamać. Faktycznie zgadzał się z tym facetem i był skłonny pomóc, ale bez donosicielstwa, bo tym strasznie brzydził się. Nieraz miał do czynienia z oznakami wrogości w stosunku do swojej osoby od innych kolegów, a szczególności tych, którzy wiedzieli kim, był jego Ojciec. Pewnie mu zazdroszczą pochodzenia i super wakacji w Jugosławii.
- Mogę dać sygnał, ale tylko ogólnie – wydukał zdenerwowany – nie będę donosił na kolegów!
- W porządku! O to mi chodziło! – zadowolony rozmówca klepnął go po plecach, obszedł wokoło chłopaka i usiadł za biurkiem. Wyciągnął jakąś kartkę z teczki i położył przed nim. Z marynarki wyjął długopis i wcisnął mu w rękę.
- Podpisz! – wycedził – i możesz już iść.
- Co mam podpisać? – zdziwił się Andrzej – ja tylko obiecałem, że będę mówił jak coś się będzie działo.
- Jasne, ale musi być porządek i podpisz oświadczenie. Przecież obowiązuje nas umowa, a nie jakiś tam papier, to tylko dla moich szefów.
Wahając się, wolno złożył swój autograf na dokumencie. Ten dzień później przeklinał przez całe życie, ale o tym w dalszej części naszej opowieści.
Minął rok i Anioł zapomniał o całym zdarzeniu. Starał się jak mógł na studiach i przynosiło to naprawdę wymierne efekty. Odczuwał duże zadowolenie, gdyż dzięki własnej pracy i wytrwałości uwierzył, że może osiągnąć dużo bez koneksji tatusia czy mamusi. Zaczynał wierzyć w siebie, a to u jedynaków z prominenckich domów jest wielkim osiągnięciem. Nadszedł trzeci rok studiów i już na wejściu był to katastrofalny okres.
Najpierw na wiosnę nagle zmarł senior rodu, a po miesiącu ciężko zachorowała matka. Z dużego dobrobytu raptownie spadli do pogranicza nędzy. Mizerna renta ledwo wystarczała na życie, a studia zaczęły nadszarpywać wieloletnie oszczędności. Towarzysze, przyjaciele rodziny przestali być przyjaciółmi i obydwoje z matką zostali kompletnie sami. Matka w Kaliszu, a on w Poznaniu. W czerwcu tuż przed sesją znowu zaczepił go ten sam chudy, rudy blondyn, co rok wcześniej. Dreszcz przeszedł mu przez ciało od stóp po czubek głowy.
- Cześć!- szepnął tamten do niego – masz iść tam gdzie wtedy, pokój nr 24 – i szybko zniknął w tłumie studentów.
Andrzej poczuł się nieswojo, czuł jakiś niepokój. Już zapomniał o tamtym dziwnym spotkaniu, a teraz wszystko odżyło. Coś mu mówiło, że to będzie przełom w jego życiu, ale nie wiedział, na czym on będzie polegał, co może się zmienić?
Wolno, nie spiesząc się dotarł do budynku B i wspiął się na drugie piętro. Wreszcie stanął przed drzwiami, które przez rok zmieniły kolor…teraz były brązowe. Po chwili delikatnie zapukał i tak jak wtedy usłyszał niski głos – Wejdź!
Nacisnął klamkę i znalazł się w środku. Wystrój nie zmienił się nic, a nic. Tak samo jak wtedy, puste ponure obdrapane meble i ten sam, jedynie o rok starszy facet. Ta sama czarna teczka i tylko doszła duża lampa na biurku. Wyglądała złowrogo, przypominała te gestapowskie z filmów o kapitanie Klosie.
- Siadaj! – gospodarz wskazał krzesło i sam usiadł naprzeciwko. Zmierzył przybyłego zimnym wzrokiem i wycedził przez zęby – Koniec dziecinady, masz mi przedstawić wszystko, co wiesz na temat koleżanki z grupy Anety Mrożek, jej kontakty, co mówi o władzy i z kim się przyjaźni.
- Co? – oczy Andrzeja zrobiły się jak dwa duże spodki - nie tak się umawialiśmy! – syknął przez zęby – powiedziałem, że nie będę kablował kolegów!
- Nie bądź dzieckiem! – zaśmiał się funkcjonariusz SB , mam papier i jeśli nie będziesz współpracować to my najpierw załatwimy Ciebie, a później nawet bez Twojej pomocy załatwimy ją. My mamy swoje sposoby i już nawet Twój tatuś Ci nie pomoże, bo Anioł jest już dosłownie aniołem! Ha, ha, ha! – jego ponury śmiech zmroził studenta.
- Przepchnęliśmy Cię przez prawie całe studia i teraz masz się nam odwdzięczyć! A jak nie, to żegnajcie studia i zaśpiewasz do mamuśki „ przyjedź mamo na przysięgę”.
Bawił się świetnie w odróżnieniu od Andrzeja, któremu w tym momencie runął cały świat. Wszystkie ideały legły w gruzach, nawet nie oszczędzono jego trudu na uczelni. Zacisnął dłonie, sprężył się , nabrzmiały mu żyły na skroniach, pohamował się jednak.
- Nie! Nie będę kablował – wybuchnął i zerwał się z krzesła – nie ma mowy!!! Pan mnie oszukał!
- Spokojnie, masz dwa dni na przemyślenie wszystkiego. Lepiej jednak nie zadzieraj z nami - wzrok esbeka był zimny i bezlitosny.
- Nie! – ryknął Andrzej ze łzami w oczach , odstawił krzesło i nie zatrzymywany przez nikogo z impetem wybiegł z pokoju.
Po chwili stał przed budynkiem, wszystko wirowało mu przed oczyma, ciśnienie rozwalało mu głowę. Stał i nie wiedział gdzie jest, kim jest i gdzie ma iść. Wtem wszystko zaczęło oddalać się , wielka słabość ogarnęła jego organizm, stracił równowagę, zaczął osuwać się na ziemię i nagle… ktoś chwycił go za ramię i podtrzymał. Ocknął się i nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na swojego wybawcę, a była to nieduża, drobna dziewczyna, koleżanka z grupy… Aneta Mrożek.
- Ty tutaj? – wydusił - skąd się tu wzięłaś?
- Widziałam jak wychodzisz z budynku chwiejąc się na nogach dlatego podbiegłam.
Podparła go ramieniem i szepnęła - Chodź lepiej gdzieś na ławkę bo mi tu padniesz.
- Dobrze! – szepnął wzruszony troskliwością koleżanki, której właściwie nie znał. Owszem, byli w jednej grupie, spotykali się już trzeci rok, ale tak naprawdę nie zamienili ze sobą nawet dwóch zdań. Dziewczyna, o której nigdy nie myślał, dziś w przeciągu pół godziny dwa razy wpłynęła na jego życie. Dwa razy i za każdym razem zupełnie inaczej.
Dotarli do ławki tuż obok budynku „A” i usiedli. Głęboko oddychając próbował opanować samego siebie, dojść do ładu z własnym sobą, wyciszyć się na tyle, by móc normalnie rozmawiać. Kątem oka zerkał na dziewczynę i zastanawiał się, gdzie miał do tej pory oczy, że nie zwrócił na nią w ogóle uwagi. Owszem starała się nie rzucać w oczy delikatnym makijażem i skromnym odzieniem, ale twarz była powalająca! Delikatne szlachetne rysy, okrągłe idealnych rozmiarów policzki, wspaniałe długie rzęsy i bardzo ponętne usta. To był prawdziwy kopciuszek tylko, że nie w bajce, ale w rzeczywistości w Polsce, w Poznaniu.
Powoli dochodził do siebie, zaczynał normalnie myśleć i wszystko zaczęło go od nowa przerażać. Zdał sobie sprawę, że to zdarzyło się naprawdę i musi sobie poradzić z tym problemem, ale nie wie jak.
- Jesteś chory? – zapytała.
- Nie – zaprzeczył energicznie – mam kłopoty… wpadłem jak śliwka w kompot, jestem ugotowany!!!
- Co się stało? – próbowała coś z niego wyciągnąć – działasz gdzieś nielegalnie?
- Ja? – zaśmiał się z ironią – ja!? Syn byłego pogromcy studentów miałbym gdzieś działać? Nie, raczej na odwrót!
- Nie rozumiem? – patrzyła zdziwiona – może będę mogła Ci pomóc, powiedz proszę!
- Nie! Nikt mi nie pomoże! – podniósł głos, raptownie wstał i nie rozglądając się pobiegł na oślep przed siebie. Musiał wyładować się, spalić nadmiar emocji, paść z wycieńczenia, upić się , skoczyć z mostu, czy też popełnić inne szaleństwo… Biegł, biegł, i tak po pół godzinie dobiegł do piwiarni na starym mieście. Zaszył się w kącie i pochłaniał piwo za piwem i piciu nie byłoby chyba końca gdyby nie Aneta. Zajęła miejsce naprzeciwko Andrzeja i siedziała nie odzywając się w ogóle , tylko patrzyła.
- Jak mnie znalazłaś? – zdziwił się na jej widok – śledziłaś mnie? To chyba nie jesteś pierwsza, tu na pewno pełno jest szpicli, piszą na mnie donosy by mi się do dupy dobrać!
- Uspokój się! – położyła swoją dłoń na jego ręce – proszę uspokój się, powiedz w końcu co stało się na uczelni? - Nie mogę, nie chcę Ciebie w to mieszać, bo i tak masz dużo